Pewnego dnia postanowiłem pójść do zakładu fryzjerskiego, w którym jeszcze nigdy nie byłem – tak dla odmiany. Polecono mi panią frzyjerkę z Polski, która ma swój salon w centrum Wiednia. Po przybyciu na miejsce zorientowałem się, że w kolejce czekają same panie. Spoglądały na mnie badawczo, ale ja zachęcony miłym zaproszeniem nie dałem się speszyć, jako że do jej klientów należeli przecież również i panowie.

Okazało się, że mogę od razu usiąść w fotelu, ponieważ wszystkie damy musiały akurat czekać na utrwalenie się elementów podkreślających ich urodę. Przedstawiłem więc uprzejmie moją prośbę co do fryzury i przeszedłem – jak to mam w takich okolicznościach w zwyczaju – do fazy z angielska zwanej standby.

Wtedy to właśnie usłyszałem pytanie, które wprawiło mnie w konsternację:

A pan to skąd z Polski?

Przez chwilę zbierałem myśli, ale czując na sobie wzrok pań Polek już lekko znudzonych oczekiwaniem na zabiegi i gotowych skupić się na czymkolwiek interesującym, wyszeptałem jedynie półżartem:

Powiedziałbym, ale się wtedy ludzie śmieją…

Pani fryzjerka potraktowała moją odpowiedź jako wyzwanie i – proszę mi wierzyć – odparła spontanicznie:

No, to może z Warszawy?

Tak – przyznałem i od razu rozpocząłem proces skierowywania rozmowy na inne tory, aby nie doszło do konfrontacji z żadnym obywatelem Polski a w szczególności pochodzącym z Krakowa – nie jestem bowiem w stanie rozpoznać mieszkańców polskich miast z urody a jedynie po sposobie mówienia i to tylko w pewnym stopniu.

Tu muszę nadmienić, że po 29 latach spędzonych w Warszawie jako urodzony na Woli a wychowany na Ochocie mieszkaniec stolicy z kilkupokoleniową tradycją bytowania w owym mieście, nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że istnieją jakieś animozje pomiędzy polskimi miastami. Dowiedziałem się o tym dopiero za granicą. Na szczęście miła pani fryzjerka była profesjonalistką, dzięki czemu mogliśmy kontynuować naszą konwersację w jak najbardziej humorystycznym tonie.