Nie dalej jak kilka dni temu zadano mi przy kasie w sklepie sieci takiej to a takiej (gdzie nawiasem mówiąc kupowałem moją ulubioną sałatkę z dowolnie wybranych warzyw i owoców wzbogaconych sosami) bardzo osobliwe pytanie, które przytoczę w wersji fonetycznej, a więc takiej jak uslyszałem i skłonny byłbym podług polszczyzny reguł zapisać: „Kundenkarte, chama?”. W pierwszej chwili poczułem się wręcz obrażony, jako że nie przywykłem do tak bezceremonialnych zwrotów. Powinienem był przecież usłyszeć raczej coś w stylu: „Karta klienta, szanownego Pana?”. Postarałem się jednak nie okazywać wzburzenia i po zapłaceniu za sałatkę poddałem całą sytuację drobiazgowej analizie w mym niezwykle pobudzonym tym wydarzeniem umyśle.

Patrząc na przezroczyste opakowanie, gdzie uśmiechały sie już do mnie między innymi brokuły oraz moja ulubiona kiszona kapusta, doszedłem do wniosku, że sprzedawczyni chciała po prostu upewnić się, że posiadam kartę stałego klienta i zakup zostanie na niej odnotowany w imię bliżej nieznanych mi korzyści. Zamiast zadać pytanie po niemiecku („Haben Sie eine Kundenkarte?”), zdecydowala sie posłużyć wiedeńskim dialektem (chama = hamma = hat man = ma się = czy ma Pan), który dodatkowo wzbogaciła jakże mi emocjonalnie bliską bałkańską wymową. Po kilku minutach intensywnych rozważań utwierdziłem się w przekonaniu, że szybkie obrażanie się nie świadczy o mądrości. Uspokojony tym wnioskiem i wdzięczny sprzedawczyni za jej troskę, przystapiłem do delektowania sie sałatką.