Zmierzałem właśnie do jednego z hipermarketów budowlanych, w celu dokonania zakupu środka do przepychania rur. W wyobraźni już wlewałem go do spływu wanny, ciesząc się na efekt działania owego płynu, gdy nagle spostrzegłem koło fortuny, wokół którego powoli gromadził się już tłum ciekawskich. Obserwując przez chwilę prowadzącego show i upewniwszy się w ten sposób, że nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo – na przykład w postaci podpisania jakiegoś formularza, którego nie chciałoby mi się czytać, postanowiłem wykorzystać fakt, że będąc tuż obok stanowiska promocyjnego i praktycznie znajdując się w ten sposób mimo woli w kolejce – i to na drugim miejscu, wolno mi było zakręcić owym niewielkim kołem, na którym dostrzec mogłem między innymi konkurencję kopania piłki do otworów w plandece rozpiętej w bramce, czego wszakże miałem nadzieję uniknąć, bo kiedy coś kopię nogą, to bardzo się przy tym denerwuję. Przywitałem się więc z panem prowadzącym, wprawiłem maszynerię w ruch i odczekałem parę sekund na wynik losowania.

Szczęśliwie dla mnie koło zatrzymało się na „próbie gwoździa”, który to miał być za chwilę wbity przeze mnie w drewnianą belkę o przekroju kwadratu i boku ok. 15 centymetrów, leżącą na stole obok młotka. Narzędziu temu przyjrzałem się dokładnie, oceniając jego wagę i solidność wykonania. W tle dochodził do mnie głos tłumaczący zasady gry: lekko wbity w belkę, około ośmiocentymetrowy gwóźdź miał za pomocą maksymalnie trzech uderzeń schować się w belce – za wyjątkiem jego główki. Ten czyn gwarantował dziesięcioprocentowy rabat na najbliższe zakupy w hipermarkecie. Ewentualna potrzeba dobicia gwoździa poprzez maksymalnie dwa następne uderzenia, redukowała rabat o połowę. Prowadzący grę, nie podając wyjaśnienia sytucji, gdyby nie powiodła się i próba z pięcioma przywaleniami, dał mi chwilę później sygnał do rozpoczęcia zmagań. Wziąłem głębszy oddech, podniosłem młotek i walnąłem z wszystkich sił.

Niestety trafiłem tylko w belkę. Nie zrażony jednak niepowodzeniem, powtórzyłem czynności, ponownie dostarczając ciału dodatkowej porcji powietrza, unosząc narzędzie i, przy pierwszej próbie nie odniósłszy sukcesu, powtarzając rozczarowujące uderzenie w samo drewno. Tym samym moje szanse na wyższy rabat drastycznie zmalały.  Po raz trzeci podnosząc młotek do góry, nie myślałem jednak o niczym innym, jak tylko o niezbadanych możliwościach mózgu ludzkiego, którego bądź co bądź byłem jednak posiadaczem. W ułamku sekundy poczułem, że oto za chwilę myśl odniesie tryumf nad materią i gwóźdź zanurzy się w litym drewnie, aby po następnych równie celnych uderzeniach schować się w nim wreszcie aż po główkę. Nagroda, choćby w postaci 5 % rabatu, została w ten sposób wywalczona.

Ku mojemu zdziwieniu dwa pierwsze, niecelne uderzenia nie zostały zaliczone do prób. Prowadzący, nazwawszy je po prostu rozgrzewką, uznał moje następne trzy uderzenia za sukces i wynagrodził je pełnym, 10%-owym rabatem. A Hamma!*

* W dialekcie wiedeńskim: młotek (Ein Hammer!), na wyrażenie czegoś wyjątkowego, co się przebiło i jest przebojowe.