• Proszę się nie gniewać, panie Końcówko, ale będę zwracać się do Pana w wołaczu.
  • Czyli jak?
  • Końcówko…
  • Ale ja mam na nazwisko Końcówka. Dlaczego chce Pan je nagle wypowiadać inaczej?
  • No, dla odmiany…
  • To raczej nie jest wystarczający powód. Jak Pan w ogóle wpadł na coś takiego?
  • Przez przypadek.
  • Tak myślałem.
  • Czy słyszał Pan o deklinacji?
  • Proszę wybaczyć, ale ja się tak nie wyrażam!
  • Ależ nie o słowa niegodne pomyślenia, a co dopiero wypowiedzenia mi chodzi. Otóż jest owa deklinacja metaforą tygodnia pracy i wołaniem o zachowanie wszystkiego, co dobre w języku polskim. Proszę pozwolić, że wyjaśnię:

W poniedziałek myślimy, kto i co na nas czeka. We wtorek, kto kogo i czego się czepia. Środowy poranek, nie jest półmetkiem, więc komu i czemu ma służyć konkretnie? Czwartek się pyta, kogo i co ma więc obchodzić, że przetrwam go. Z czym skończę piątek, z kim się przeproszę, jeślim zwierzchnikom czynił rokosze? O kim, czy o czym myśleć w sobotę, gdy już za sobą ma się robotę?

I wreszcie kiedy tydzień w finale pozwoli spotkać się, jak to jest dziś, proszę zachować się wyrozumiale, kiedy „Końcówko!” wyrwie się mi.