Czechy przyrównałbym do schowanego pod płaszczem zieleni półwyspu Jukatan w Meksyku. Dla mnie pełne tajemnic, ukryte w lasach nieznane mi miasta, a także kamienne relikty w postaci wyniesionych ponad płaszczyznę okolicy zamczysk, stanowią jedną z ostatnich Terra Incognita tej części Europy. Czyniąc zadość idei nowoczesnej turystyki budżetowej pominę tym razem opis przybicia do brzegu w Znojmo oraz ekspedycję wgłąb terenów kultury Mikulov i opowiem krótko o zupełnie przypadkowym odkryciu obiektu typu profanum o nazwie Cornstejn.

A było to tak:

W drodze do zamku Bitov, który nawiasem mówiąc również nie jest polskiemu konkwistadorowi bliżej znany, natknąłem się na zagadkowe ruiny, przed którymi na małym parkingu szukali możliwości zawrócenia kierowcy jadący tam jednokierunkową, wąską drogą asfaltową. Tablica informacyjna, skutecznie odwracająca uwagę od tychże kierowców, korzystających z okazji i szukających w pobliskich krzewach instalacji sanitarnej, nie podawała nic więcej jak tylko nazwę obiektu i godziny otwarcia.

Ruiny Cornstejn były niedostępne – wejścia na dziedziniec strzegły żelazne wrota i gruby łańcuch. O, jakże chciałem móc dojrzeć informacje na drugiej tablicy, stojącej już wewnątrz zamku! Tubylcy jednak najwyrażniej zazdrośnie strzegli swych tajemnic i nie pozostało mi nic innego, jak zająć się rozpoznaniem terenu. Nie bez wysiłku wspiąłem się więc na pobliskie, zalesione wzgórze i odkryłem tam dodatkowy budynek obronny – czworokątną basztę! Doskonały widok na całą okolicę pozwalał mi przypuszczać, że stanowiła ona element systemu wczesnego ostrzegania. Wtedy właśnie i ja wpadłem na pomysł, żeby rozejrzeć się za jakąś instalacja sanitarną. Nie jest to przecież żadną tajemnicą, że człowiekowi szybko udziela się sposób bycia nowo poznanych przyjaciół.

A tymczasem mój krótki postój dobiegał końca. Postanowiłem sobie jednak, że po powrocie do domu poszukam w starych kronikach przechowywanych w Wikipedii Internetyjskiej jakichś informacji na temat tej dawnej twierdzy i jej niewątpliwego związku z zamkiem Bitov, od którego dzieliło mnie jeszcze nie więcej niż 3 minuty jazdy koniem mechanicznym.